Portugalia

Z racji tego, że planuję w swojej głowie wyjazd do tego pięknego kraju jakim jest Portugalia, postanowiłam, że podzielę się swoją historią dotyczącą tej destynacji. Zaczęło się to niewinnie. A bo taki pomysł/marzenie, że chcę wyjechać na erasmusa. Było to tak silne przekonanie, że muszę to zrobić (oraz oczywiście bardzo chcę). Pominę już aspekty, jak przebiegał proces organizacyjny. W każdym razie o tym kraju wiedziałam NIC. Dosłownie tylko tyle, że jakieś koleżanki tam składały papiery xd. Finalnie z uczelni nikt nie pojechał tylko ja i jeszcze jedna osoba. I wierzcie mi lub nie, ale to nie był tylko wyjazd na 4 miesiące. Dla mnie to nie był tylko erasmus. Ten wyjazd uratował mnie i ukształtował, dzięki jemu jestem tą osobą co teraz. Dzięki niemu robię to co robię, spełniam marzenia (przynajmniej się staram xd). Byłam w mega dziwnym okresie ówcześnie. Emocji i smutku było tak wiele, nie umiałam realnie sobie z tym poradzić, nie wiedziałam kim jestem i co dalej mam ze sobą zrobić. Generalnie pierwszy rok studiów mnie ZGNIÓTŁ. Nie wiedziałam nic. Popełniłam kilka błędów, wiele rzeczy teraz zrobiłabym inaczej, ale przyznam szczerze, że nie miał kto mi doradzać. Wszystko co się działo było za metodą moich prób i błędów. W każdym razie trochę zbłądziłam. Krótkie, płytkie znajomości, samotność, dużo imprez, zero sportu. Było dziwnie. Początek erasmusa, właśnie taki był. Nie wiem czy kiedykolwiek tak imprezowałam jak tam. Szukałam czegoś ale nie wiem serio czego. I jedno zdanie zmieniło moje życie. I tak do mnie trafiło, że naprawdę do dzisiaj dziękuje tej osobie. Totalnie nie pamiętam jak masz na imię, nawet nie byliśmy jakimiś kumplami. Znaliśmy się "chwilę", byliśmy randomowo w jakiejś grupie razem na imprezie, nawet w sumie nie pamiętam jak wyglądasz i na 100% bym Cię nie poznała dziś. Skomentowałeś moje zachowanie dosłownie tak "Nadia po co ty to robisz? Przecież nie musisz, nie jesteś taka". Przynajmniej tak to zapamiętałam oczywiście. Nie trzeba było więcej, nie trzeba było mnie upominać, cisnąć, obgadywać. Wystarczyły te słowa, żeby mnie złamały. Od randomowej osoby. Człowieku kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek jesteś ale  na 100% tego nie czytasz. Albo w ogóle pewnie nawet nie pamiętasz, bo umówmy się, nie było to za bardzo istotne, przynajmniej dla Ciebie. W każdym razie wysyłam do Ciebie energię wdzięczności (o ile istnieje) i chłopcze wiedz, że Ty mnie uratowałeś. Bo na następny dzień, dosłownie. Spojrzałam na siebie i sobie pomyślałam "Spychalska co ty odwalasz ze swoim życiem? Przecież ty kochasz trenować, to nie jest o Tobie". I tak nastała zmiana, radykalnie. Nic mnie tak nie zmieniło w życiu jak ten wieczór i te słowa. Nic mi tak nie wjechało na głowę. Dlatego kocham Portugalię i staram się tam wracać. Na ten moment udaje mi się cyklicznie i oby jak najdłużej. Czuję się tam jak w domu, bo tam odnalazłam siebie na nowo. Dosłownie.

Dowiedz się więcej »

najlepsze momenty

 Tutaj poświęcę trochę uwagi dla TYCH momentów. Dla tych, które pozostają w pamięci, no po prostu takie pleasure moments, dla których się żyje. Nie jestem w stanie weny ale mocno dzisiaj myślałam o tym temacie. Zobaczymy jak mnie poniesie i co spontanicznie przyjdzie mi do głowy. Zapraszam Cię do mojego świata momentu. Best feeling ever. Numeracja nie ma znaczenia, totalnie losowo, no chyba, że podświadomie. 

Dowiedz się więcej »

rosnę

Nie bez powodu taki tytuł. Rosnę, totalnie jak dziecko. Bo to jest mój czas i pozostał mi miesiąc do narodzin. Jestem już prawie gotowa - silna. Cały czas rosnę. Nie bez powodu jesień to taki trochę mój czas, no a czyj jak nie mój? Skoro wtedy właśnie obchodzę swoje urodziny. W sam środek jesieni. Czym ja jestem jak nie tą porą roku, kochani. Jakiś ten czas trochę inny w tym roku. Taki pełen deszczu, chmur, mżawki. Ale naprawdę jest coś w tym, takiego pięknego. Ja się tutaj odnajduję, jest mi lepiej niż w ostatnim czasie. Szukam takiego spokoju. A jak już jestem przy porach roku to mam kilka swoich ulubionych momentów ze swojego życia. Które właśnie są mocno związane z porami roku. Najfajniejsza była zima 2021 - akurat ją na ten moment pamiętam najbardziej. Po Covidzie, taka piękna, zadbana mroźna. Zgubiłam wtedy telefon jak jechałam na desce w lesie. Byłam na przepięknym spacerze w górach Sowich. Moment jak wpadłam w zaspę też pamiętam. No cóż, może dlatego tak to czule wspominam? Zgadnij. Najfajniejsze lato było chyba w 2016 roku, albo 2015, w każdym razie było to lato przed moimi 18 urodzinami. Byłam na hip hop kempie, odwiedziłam Włochy i spędziłam połowę lata na wsi. Więcej grzechów nie pamiętam. A sorry jeszcze Mielno i spotkanie Popka pod jakimś klubem - serio (xd). Prawda jest taka, że to w sumie nie istotne - chodziło tylko o to, że to były moje ostatnie wakacje jako 17-latka i tak bardzo chciałam, żeby to było piękne. No i było. Cudowną jesień przeżyłam dokładnie 4 lata temu. Co rok wracam do pięknych zdjęć i filmików, chłodnych poranków, rosy, ciepła na skórze w ciągu dnia, podróży pociągiem, zimnej wodzie w morzu i w strumyku, jazdach na koniu. Było cudnie i zakochałam się też - cała. Problem jedynie mam z wiosną, pewnie jakbym pomyślała, to coś by się znalazło ale skoro jak do tej pory, mój umysł nie podsunął mi pomysłu, to znaczy, że TA wiosna jeszcze przyjdzie. Także czekam, i tak myślę sobie... Co przyniesiesz?

Dowiedz się więcej »

mam motyle w brzuchu

To jest mega ciekawe ale właśnie dlatego uwielbiam życie i ten piękny stan kiedy mam motyle w brzuchu i jestem po prostu czule zakochana. A tak się składa, że pałam miłością - niezmienną, stabilną, przepiękną. A tym szczęściarzem jest  moment - ruch, czucie, nostalgia. I fajny czas. I naprawdę nie wiem jak opisać niektóre momenty szczęścia ale jestem z nich zakochana. I to mi daje tyle siły. Ale na całe szczęście pamiętam pierwszy raz. Jak miałam 13 lat, po prostu szłam z basenu, była piękna pogoda, a słońce no tak czule, delikatnie ocieplało moją twarz. Nie wiem co się wtedy stało ale zakochałam się. Za kochałam się w świetle, w wietrze i  w mojej lekko mokrej skórze. Dziś mam motyle w brzuchu na myśl o wieczornym biegu po parku, o jesiennej mżawce, całych mokrych włosach i bolących udach. Miałam przepiękny weekend. I za to chcę sobie podziękować, za to, że umiem się zakochać. A korzystając z okazji, że już tutaj jestem to chcę też sobie podziękować, za to jaką byłam nastolatką. Wzięło mnie jakiś czas temu na wspomnienia. I naprawdę, z całego serca przytulam się i uwielbiam za to jaką byłam osobą. Oczywiście nadal nią jestem ale chodzi mi o wiek nastoletni, który jest ciężki. A ja byłam taka sprawiedliwa, zawsze wierna, bezinteresowna. A co uwielbiam w sobie najbardziej to nieocenianie ludzi. Ja zawsze kolegowałam się z tak różnymi ludźmi o matkoooo. Każdy z innej parafii - ale dla mnie to nie miało znaczenia, żadnego. Ja musiałam (muszę) czuć, że po prostu czuję sympatię do kogoś, wtedy już nie jest istotne kim jesteś, co robisz, jak wyglądasz - masz moje serce. 

Dowiedz się więcej »

wspomnienia lata

Chcę zostawić tutaj kilka spraw z tego lata. Mamy jesień i jeżeli mam być szczera to nie tęsknię. Ja w lato dziczeję. Czas i pogodę zawsze wykorzystuję na 200%, więc na jesień mogę "odpocząć". 

Dowiedz się więcej »

natchnęło mnie

Naprawdę miałam wenę, ale wyobraź sobie, że już ją lekko straciłam. Bo trzeba było tę stronę przygotować, bo w sumie zjadłam i miałam oglądać Zmierzch. No ale obiecałam sobie to i serio chciałam - więc jestem. To pierwszy wpis, dlatego tylko wspomnę, że ten blog ma charakter pamiętnika - będę pisać słowem tzw. mówionym. Mogą być błędy gramatyczne, językowe. Będzie ich dużo. Ale to nie o tym. To jest miejsce dla mnie, bo czuję, że tego potrzebuję - w jakiś sposób się uzewnętrznić. Ale spokojnie, nic od razu ani w 100%. Kocham metaforę, a wymyślanie historii przed snem to moja pasja - zatem nigdy nie dowiesz się co tutaj jest prawdą, a co fikcją... Nic nie jest planowane. Piszę kiedy chcę i co chcę, tylko jak mnie natchnie. A bardzo chciałam to zrobić dzisiaj, bo czułam WSTRĘTNE (tak dokładnie!!) poczucie winy. Okropne emocje towarzyszące mi w momencie kiedy odpuszczam, pozwalam sobie. A chodzi o trening. W ostatnich kilku dniach nie mogłam iść na jakikolwiek trening (poniedziałek, wtorek, środa bez treningu). Dzisiaj miał być TEN dzień, ale dostałam okres. I sluchaj! Ja obiecałam sobie jakies 2-3 lata temu, że w pierwszy dzień choćby skały srały - ja odpoczywam. Tak dla siebie, daję luz. No i dałam siedzę na chacie, pad thai zjedzony, ZMIERZCH wleci zaraz dokończę. Ale te myśli... jezuuuuuu. Przez całą drogą PLUŁAM do siebie, że co ja odwalam. Ciężko mi nad tym panować i zmieniać kierunek myśli. Moja relacja ze skakaniem jest toksyczna. Naprawdę love-hate relationship. Wyobraź sobie dziedcko, które przeraźliwie o czymś marzy, a jednocześnie od razu spisuje się na straty. Tak to ja, która w wieku 8 lat stwierdziła, że jest za stara by trenować gimnastykę - i że z TEGO NIC NIE BĘDZIE. Świadomość tego blokuje mnie prawie każdego dnia - zapętlam się. Z jeden strony kocham skakać i jest to pasja mojego życia i największa miłość, z drugiej blokuję się, bo mam zakodowane, że JA SIĘ DO TEGO NIE NADAJĘ, przecież ja nie jestem dobra. Chcę nad sobą zapłakać i nad tym biednym dzieckiem, które tak myślało. A jak wiemy wewnętrzne dziecko nie śpi... a jak śpi, to chyba udaje. Czuję, że w wielu momentach blokuje mnie mój mental. Nie mogę się nauczyć rzeczy, bo jestem zblokowana, bo źle myślę. I TAK WIEM, że można zmienić myślenie, mózg jest plastyczny - ja serio jestem świadoma. Ale jest mi po prostu ciężko. I w tym momencie właśnie chcę nad sobą zapłakać. Tak po prostu przytulić tę małą dziewczynkę i jej powiedzieć, ze tonie prawda, bo tak właśnie bym przytuliła wszystkich swoich uczniów. I tak płaczę rzewnie  pisząc to. I tak właśnie ma to wyglądać.Publikuję bez czytania. 

Dowiedz się więcej »